Do końca roku zostało mi 7 dni urlopu. Za każdym razem, kiedy o tym myślę, chce mi się płakać. Jako introwertyczka z natury, pracująca w haerze, potrzebuję dużo odpoczynku. Każde spotkanie, każda rozmowa, każdy dzień na open-space wypełnionym ludźmi, kosztuje mnie tak z 80% baterii. Wieczór, czy nawet weekend, nie zawsze wystarcza żeby się doładować. Po to właśnie jest urlop. Dlatego nie jestem w stanie pojąć moim małym rozumkiem ludzi, którzy urlopów nie biorą. Serio są tacy!!! Tacy, którzy mają po 70 (!!!!!!!!) dni niewykorzystanego urlopu. Którzy, świątek, piątek, długi weekend są w robocie. Którzy są niezastępowalni?

Uważam, że urlop powinien być obowiązkowy. Z całym szacunkiem dla wszystkich pracusiów – nie jesteś w stanie być produktywna/y na jednakowym poziomie, jeśli nie masz przestrzeni na odpoczynek. No chyba, że się nie przepracowujesz, a chodzenie do robo to bardziej zajęcie towarzyskie niż wysiłek związany z wykonywanie zdań.

A prawda jest taka, że człowiek się męczy! Chociaż często nie chce tego przyznać. Snuje się korytarzami, marudzi na bóle tu i ówdzie, jęczy i sieje defetyzm, ale na urlop nie pójdzie. Bo co? Bo to dla mięczaków? Bo beze mnie firma padnie? Bo mam w kij roboty i nie mogę od tak jej zostawić? BYZYDURA!!!

Urlop powinien być obowiązkowy dla zachowania zdrowia psychicznego pracownika. Żeby złapać dystans, spojrzeć z innej perspektywy, zadbać o siebie. Rekomenduję minimum tydzień raz na kwartał i jeden wypoczynek trzytygodniowy (tyle potrzeba żeby naprawdę się zresetować).

Ale urlop powinien też być obowiązkowy dla dobra pracodawcy! Pomińmy fakt nawisu urlopowego, który blokuje firmie kasę na ewentualność wypłaty ekwiwalentów. Ale czy zastanawialiście się dlaczego taki pracownik śmiertelnie boi się opuścić swoje ciepłe krzesełko przy kochanym biureczku? To może być pracoholizm prowadzący wprost do wypalenia. Straszna to historia dla człowieka, którego dotyka, ale też groźna dla firmy, bo może prowadzić do spadku efektywności (nienawidzę tego słowa), albo do poważnych błędów.

Może to być chęć ukrycia tego, że tak naprawdę ta praca jest nikomu niepotrzebna. Jak delikwent pójdzie na te trzy tygodnie urlopu nagle okaże się, że jest zupełnie zbędny, a w biurze nawet nikt nie zauważy jego nieobecności. Inną odmianą lęku urlopowego, może być strach przed byciem zastąpionym. Mnie na przykład zastępuje fantastyczna dziewczyna i za każdym razem jak idę na urlop, mam nadzieję, że mój biznes nie będzie niczego potrzebował, bo jak będzie i ona to załatwi, to stwierdzą, że jest fajniejsza niż ja i już mnie nie będą chcieli.

No i jest czwarta opcja – oszustwo. Znam co najmniej trzy przypadki osób, które w związku z ogromną ilością zaległego urlopu zostały na niego skierowane przymusowo i w trakcie ich nieobecności okazało się, że w ostatnich latach z konta firmy, na ich konto trafiały regularnie całkiem spore sumki (nie, że pensja, nie?! 😉 ).

Urlop to samo dobro, z którego trzeba nauczyć się korzystać. I to po obu stronach stosunku pracy. Wykorzystujmy go, cieszmy się nim i serio – drodzy pracodawcy przemyślcie czy by nie zrobić go obowiązkowym. Jakby co, to na mnie można testować to rozwiązanie.


Dodaj komentarz