Pamiętam kiedy pracowałam w konsultingu i wczesną wiosną zaczynały się masowe rekrutacje na letnie praktyki. Łoooo panie! Tysiące aplikacji, setki testów kwalifikacyjnych, dziesiątki assessmentów! I wciąż powtarzający się schemat – studentka w garsonce lub student w marynarce, spocone dłonie i wzrok mówiący, że tu właśnie rozgrywa się walka o ich karierę, żeby nie powiedzieć o życie.

To byli przeważnie trzecioroczniacy, chociaż na targach pracy trafiali się i ci z pierwszego roku z pytaniem, czy już mogą aplikować. A ja wtedy patrzyłam na nich i przypominałam sobie dwudziestokilkuletnią siebie w wyciągniętym swetrze, w glanach („nigdy nie będę chodzić w szpilkach!”) szlajającą się z imprezy na imprezę, żeby później ze łzami w oczach i kawą w żyłach (nie było mnie stać na energetyki) kuć do egzaminów. Czy przegrałam życie?!

Rozmawiałam o tym ostatnio z koleżanką, której siostrzenica studiuje na SGH. Podobno czasy się zmieniły i życie studenckie wraca do łask. Trochę mi ulżyło. Bo to kluczowe, żeby poza zdobywaniem akademickiej wiedzy, mieć możliwości doświadczenia tych wszystkich głupot składających się na codzienność podrostka dopiero co wypuszczonego z gniazda.

Czy to oznacza, że nie cenię doświadczenia? A w życiu! Był taki moment, kiedy rekrutowałam mnóstwo młodziaków i ci bez wcześniejszych praktyk, udziału w kołach naukowych i innych fajerwerków raczej z procesu odpadali. Ale zawsze czułam smutek na myśl, że przyszli doradcy, konsultanci czy audytorzy tak szybko musieli dorastać do pracy po 9 godzin na dobę, deadlinów, asapów i fakapów. I że odbierali sobie te dwa lata popełniania błędów, które kiedyś staną się legendą. Bo prawda jest taka, że nawet jak masz te 23 lata, to po solidnym zapieprzu w korpo nie masz za dużo sił i chęci na robienie głupot. Chcesz być dorosła. Chcesz zdrowo się odżywiać i chodzić na jogę. Jeszcze nie myślisz o tym, że właśnie to będziesz robić przez kolejne 40 (!!!) lat swojej kariery (o ile nie rzucisz wszystkiego i nie wyjedziesz w Bieszczady).

Kiedy zaczynałam pracę pojawiło się pojęcie „millenialsi” i zaczęło się pomstowanie na roszczeniowość i fanaberie typu wychodzenie z roboty po ośmiu godzinach. Zawsze tym dziwakom kibicowałam. I nie dla tego żeby czcić kult lenistwa i marudzenia na zły świat. Po prostu moja wizja czerpania satysfakcji z pracy zawsze zakładała, że poza obowiązkami zawodowymi jest mnóstwo fantastycznych rzeczy do zrobienia i zobaczenia.

I żeby była jasność – uważam, że praktyki letnie są super (zimowe, wiosenne czy jesienne też). Są świetne, kiedy faktycznie są praktykami – czasem na spróbowanie czegoś, co może chciałoby się w życiu robić. To możliwość podpatrywania ekspertów w naturalnym środowisku i popełniania błędów, za które nikt łba ci nie urwie, ale czegoś przy okazji nauczy. Te kilka tygodni, czy miesięcy powinno być super doświadczeniem. Może nawet zakończyć się stałą pracą, ale przecież wcale nie musi. Przecież może się okazać, że to nie to. I nie ma w tym nic złego. Do zespołu, w którym pracowałam co roku dołączała nowa osoba na praktyki. Kilkoro postanowiło po ich zakończeniu dalej kroczyć ciernistą ścieżką haerów, ale część odnalazła się w zupełnie innych obszarach. I chociaż nie pracują w rekrutacji czy innych szkoleniach, to mieli możliwość sprawdzenia się i nauczenia czegoś o sobie. Chyba na tym polegają dobre praktyki. No i na tym żeby były płatne!

