Strasznie mnie wkurzają raporty orzekające, że praca zdalna jest mniej efektywna niż ta w biurze. Mam ochotę wrzasnąć „no mówcie za siebie!” Home Office to dla mnie cudowny wynalazek, fantastyczna możliwość, a może wręcz zbawienie dla skołatanych introwertycznych nerwów. Wierzę, że są ludzie, którzy potrzebują biurowych kontaktów społecznych. Wierzę, że są opierdzielacze, którzy jakimś cudem zawsze mają problem z internetem, kiedy ma się odbyć spotkanie na teamsach. Ale proszę, nie wrzucajmy wszystkich do jednego worka.

To będzie historia o mnie i tylko o mnie, bo może Wy macie inaczej. Rok pracy zdalnej pokazał mi, jak wiele życia tracę „okołopracowo”. Samo szykowanie się do wyjścia i podróż do biura to 1,5 – 2 godziny. Kolejne 40 minut to powrót. W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy odbyłam setki spotkań on-line i każde z nich było o połowę mniej męczące, niż te odbywające się w salkach konferencyjnych. Większość też była dużo bardziej efektywna. Sprawnie udawało się organizować rozmowy rekrutacyjne, bo kandydaci nie musieli nigdzie dojeżdżać, a nawet mogli w trakcie dnia pracy zrobić sobie te 40 minut przerwy. Okazało się, że mam czas żeby zjeść śniadanie z mężem przy stole. Byłam w domach kilkunastu moich współpracowników i okazało się, że sporo z nas ma psy albo koty albo i jedno i drugie.

A najważniejsze w tym wszystkim jest to, że moja praca była wykonana na wysokim poziomie. Mogłam pracować wczesnym rankiem, albo wieczorem. Mogłam ustalać własny rytm dnia i korzystać z ciszy i spokoju. Mogłam planować i realizować. Mogłam robić dokładnie to samo, co w biurze, a czasem nawet więcej, bo moje wydatkowanie energii w domowym gabinecie było duuużo niższe niż w trudnych dla mnie warunkach open-spaceowych.

Czy to znaczy, że nie chcę w ogóle chodzić do biura? Nie! Przyznaję, że od czasu do czasu umalowanie się, założenie sukienki i zobaczenie się na żywo z koleżankami i kolegami to fajna sprawa. Nawet trochę się za nimi stęskniłam. Dawna rutyna nagle przestała być rutyną i zaczęła być ciekawym przerywnikiem. Tyle, że już teraz wiem, o ile więcej i lepiej mogę zdziałać z domu i z tego chciałabym korzystać.

Home office to najlepsze, co przyniosła ta cała chora sytuacja i byłoby super gdybyśmy nauczyli się z tego korzystać w „nowej normalności”. Miarą menedżera, poza twardymi wynikami, powinno być zaufanie do swoich ludzi. Mam nadzieję, że większość zbudowała sobie takie zespoły, które działają bez bacika nad głową. Skoro mieli na tyle zaufania do kandydata, żeby zrobić z niego swojego pracownika, wierzyli w jego wiedzę i kompetencje, to skąd nagle taka wątpliwość odnośnie jakości pracy wykonywanej w innej lokalizacji?

Coraz więcej firm przekonuje się do elastycznych form pracy dostosowanych do potrzeb pracowników. Wreszcie zarządzający dochodzą do rewolucyjnej koncepcji, że ludzie są różni! Część lubi pracować wcześnie rano, inni rozkręcają się po 12:00. Są tacy, których napędza towarzystwo innych i ci, dla których nie ma lepszych warunków niż samodzielne realizowanie zadań w ciszy. Znam wiele osób, które w czasie lockdownu ogromnie tęskniły za gwarem biurowej kuchni i pogaduszkami w przerwach, ale też nie obca mi jest radość innych, z możliwości wykonywania zadań, bez ciągłego narażenia na rozpraszacze.

Zarządzanie różnorodnością właśnie weszło na wyższy poziom. Już nie: młodzi – starzy, kobiety – mężczyźni, Polacy – obcokrajowcy. Teraz to: introwertycy – ekstrawertycy, sowy – skowronki, lubiący pracę w ciszy – fani harmidru itp. Dopiero teraz okaże się, jak menedżerowie potrafią zagospodarować najlepsze cechy swoich ludzi, zbudować w nich motywację, a może nawet zwiększyć efektywność przez zaoferowanie dostosowanych do nich warunków pracy.

Może i pandemia powoli się kończy, ale z tym, co zostawia po sobie na rynku pracy, będziemy musieli radzić sobie bardzo długo. I obyśmy szybko się do tego dostosowali.

