Jakie to trzeba mieć wrodzone wyczucie czasu, żeby postanowić reaktywować śmiechowego bloga o pracy na chwilę przed wybuchem wojny? Człowiek sobie wymyśla, że a to pośmieje się z tego a to z owego i nagle ZONK – nie ma się z czego śmiać. Bardziej wyć się chce i krzyczeć albo uciec i schować. Ale czas płynie i chcąc nie chcąc oswaja się tę nową, nieciekawą rzeczywistość. A w niej nagle okazuje się, że praca jest ważna. Co oznacza, że z powrotem można brać ją na tapet i opisywać, przemyśliwać a nawet wyśmiewać po haerowemu.
W ostatniej dekacie, a może i ciut dłużej, zaczęło się głośno mówić, że praca może szkodzić. Mobbing, toksyczne środowisko, wyścig szczurów, stres, wypalenie zawodowe, choroby psychosomatyczne, problemy z kręgosłupem etc. etc. To wszystko dostajemy w pakiecie ze słabą robotą. Ale czy wiecie, że praca może też być lekarstwem? I nie, że jak dostajesz pensję to stać Cię na leki walczące z chorobami do których doprowadziła Cię robota. To też, ale nie tylko.
Praca może leczyć z samotności. Nie każdy, kto przychodził do biura w pandemii był z klanu „covid-srowid, spisek firm farmaceutycznych i tyle. Część osób, po prostu chciała wyjść z domu, spotkać innych ludzi, zamienić kilka zdań, choćby to miało być „za jakie grzechy muszę pracować z debilami!”. W skrytości serca musieli przyznać, że lepiej z debilami niż z nikim.
Podobnie to działa przy terapii poczucia bycia potrzebnym. Macie pojęcie ile na rynku pracy jest osób, które w sumie pracować by nie musiały, ale chcą czuć się potrzebne? Nie mówię tylko o szczęściarzach z zasobnym portfelem własnym bądź rodzinnym. Mówię o emerytach albo prawie emerytach, którzy wcale nie chcą rzucać papierami i śmigać na działeczkę pielęgnować pelargonie i inne porzeczki. Mówię o kobietach, które pół życia spędziły na wychowaniu dzieci jako pełnoetatowe Panie domu, a teraz zajmują się innymi dziećmi, albo pracują w sklepach, bo nie umieją tylko siedzieć i pachnieć.
Są też ludzie, których wyrwano z ich świata z korzeniami. Stracili dotychczasowe życie i odnaleźli się w obcym miejscu, wśród obcych ludzi. Owszem, dostali dach nad głową, rzeczy niezbędne do funkcjonowania, jedzenie, może nawet ich dzieci trafiły do szkół czy przedszkoli. Ale brakuje im pracy. Brakuje im poczucia sprawczości. Poczucia, że mają wpływ na swoje życie, zarabiają pieniądze żeby się utrzymać, są potrzebni i mają swój wkład. To dotyczy uchodźców, to dotyczy wychodzących z bezdomności, to dotyczy byłych więźniów. Naprawdę mało kto, chce żyć z darów. Naprawdę większość ludzi, chce mieć poczucie, że to co ma, zawdzięcza sobie. Takie osoby często pracują poniżej swoich kompetencji i chociaż to nie jest fajna sytuacja (i na pewno nie docelowa) to sam fakt zarabiania na siebie jest istotny i budujący. Jeśli jesteś haerem, który podejmuje decyzję czy zatrudnić doktora nauk biologicznych na stanowisku magazyniera to się nie wahaj! Albo kiedy składasz ofertę prawniczce na stanowisko ds. skanowania dokumentów. Nie robisz nikomu łaski, nie poniżasz i nie umniejszasz (bo czasem takie obawy tkwią w zatrudniających). Jeśli płacisz uczciwie (a nie wykorzystujesz sytuację, bo możesz mieć tanią siłę roboczą!), to pomagasz człowiekowi finansowo stanąć na nogi, a swojej firmie po prostu dajesz dobrego pracownika – win-win.
Pracuj ma sekcje po ukraińsku i rosyjsku (pamiętajcie, że na wschodzie Ukrainy wiele osób mówi tylko po rosyjsku!) z ofertami dostępnymi dla osób które nie znają polskiego – pracuj.pl , sporo ofert można znaleźć na różnych grupach fejsbukowych. Bardziej kompleksowe rozwiązanie można znaleźć na stronie V Doma.
Czasem praca to tylko praca. Czasem praca to udręka. A czasem praca ratuje życie dosłownie i w przenośni.
