Nie jestem typem kobiety w garsonce. Czasem nawet nad tym boleję, bo kobiety w garsonkach i mężczyźni w garniturach z miejsca traktowani są jakoś tak poważniej. Przynajmniej w pewnych kręgach. No ale nie jestem garsonkowa, co nie zmienia faktu, że jakoś w tej robocie chcę wyglądać.

Zwykle kiedy kończę urlop (a właśnie znalazłam się w takiej przykrej sytuacji) kupuję sobie nowego ciucha na osłodę pierwszego dnia przy biurku. Tak, żeby się poczuć jak nowa ja! Taka profesjonalna! Ktoś powie, że to słabe, płytkie i nieekologiczne, a ja się nawet z taką diagnozą zgodzę, ale prawdopodobieństwo, że będzie to miało jakikolwiek wpływ na moje działanie jest nikłe.

A zatem radośnie uprawiam sobie window-shoping online i dochodzę do smutnej konstatacji, że nadeszły czasy (krótkie zapewne, jak to zwykle „czasy” w modzie) super krótkich mini i mikroskopijnych bluzeczek. Nie, że takich na plażę. Takich w kratkę i inne desenie typowo biurowe. Kawałki materiału (zwykle kiepskiej jakości) zakrywające tylko te części ciała, które algorytm insta uznałby za obraźliwe i zablokował w storisku z biurowego lanczyku. Nie żebym była przesadnie pruderyjna, ale umówmy się – jak kupujesz taką kieckę to musisz równolegle zainwestować w bieliznę, bo z całą pewnością będziesz nią świecić kiedy tylko się nachylisz, usiądziesz, wyprostujesz albo jakkolwiek poruszysz celem przemieszczenia się z punktu A do punku B (dobra, trochę też przeze mnie przemawia zazdrość o te nogi!).

Jakiś czas temu obserwowałyśmy z koleżankami grupę młodych ludzi (jesuuu to już ten wiek, kiedy zaczyna się używać takich sformułowań bez ironii) rozpoczynających pracę, czy praktyki w renomowanej, całkiem poważnej firmie. Fajny taki tłumek, trochę zestresowany, trochę podekscytowany, trochę zagubiony. Aż sobie przypomniałam moje pierwsze doświadczenia. Większość ubrana była schludnie, czasem w koszulę, czasem z narzuconą na gładki t-shirt marynarką, ale pojawiły się wyjątki. Szorty odsłaniające dziko zarośnięte łydki, koszulki na ramiączkach, sandałki, sukieneczki odkrywające plecy. Ładne to wszystko i z pewnością modne, ale czy na pewno na miejscu?

Dopadł mnie smutek w onej chwili. Smutek, że doszłam do tego momentu w życiu, kiedy pomyślałam sobie, że może jednak coś nie wypada. Ja! Pozwoliłam żeby swobodnie po moim mózgu biegała taka konserwatywna myśl i nawet specjalnie jej nie przepędzałam! I ta myśl wróciła, kiedy strona za stroną internetowych sklepów scrollowałam kolejne mini w biurowych stylizacjach.

Odnoszę takie wrażenie, że dress-code umarł (i specjalnie po nim nie płaczę!). Jakoś nie widzę bandy millenialsów, czy zetów chodzących na zakupy z korporacyjnym podręcznikiem wskazującym w co należy się ubierać. Panowie – garnitur w stonowanych kolorach, nie czarny, nie jasny; krawat gładki, bez wzorów, wiązany, a nie na gumce. Panie – spódnica wąska do kolan (ewentuanie 2 cm nad kolano) w stonowanych kolorach, bluzka zapinana, bez dekoltu, z kołnierzykiem, żakiet, buty w pełni zakryte, na max 5 cm obcasie słupku. Zawsze rajstopy! Zwykle były tam też wskazówki odnośnie fryzury, makijażu a nawet… perfum. No jakoś nie sądzę!

Ale tak na dobrą sprawę, w zawodach niewymagających mundurów lub uniformów ułatwiających rozpoznanie pracownika (np. sprzedawca w sklepie, obsługa w samolocie itp), po co sztywny dress code? Czy nie żyjemy w czasach kiedy ludzie chcą i lubią podkreślać swoją indywidualność? Czemu tego zabraniać? Nie twierdzę, że należy porzucić wszelkie zasady. Nadal to, jak wyglądamy w pracy mówi o naszym stosunku do niej i do osób, które tam spotykamy. Nadal to jednak oficjalna sfera naszego życia. Kocham dresy, croksy (AJ NOŁ!) i powyciągane sprane t-shirty, ale nie czułabym się w takim stroju dobrze w pracy. Z czysto socjologicznego punktu widzenia funkcjonujemy w ciągu dnia na wielu scenach i na każdej z nich występujemy w innym kostiumie.

Praca z domu dała nam mnóstwo swobody. Uwielbiam ten stan, kiedy wstaję z łóżka, robię kawę, wrzucam coś cywilizowanego na górną część ciała i jestem gotowa do pracy. Lubię czuć się nieskrępowana. Tylko, czy praca w biurze musi koniecznie oznaczać zakładanie przyciasnego gorsetu archaicznych dress-codów? Pozwolę sobie zaryzykować stwierdzenie, że nie. T-shirt to nie zbrodnia. Jeansy (raczej te kompletne i w całości) nie obrażają. Widoczne tatuaże, farbowane czyste włosy, kolczyk nie koniecznie w uchu, kwiaty na spódnicy, łydki nie ściśnięte rajstopą, płaski but, kardigan zamiast żakietu, rozpięty kołnierzyk (ale nie do połowy klaty!), krawat we wzorek, albo brak krawata – nic z tego nie odbiera profesjonalizmu, za to pozwala znaleźć ubraniowy kompromis między tym, co wygodne, a tym co wypada.

Pewnie, że ubranie to kwestia gustu. Jednym się podoba, innym nie. Bezdyskusyjna natomiast jest schludność. I to chyba to trochę oldschoolowe słowo powinno zastąpić staropolski dress-code. Praca bywa trudna i stresująca. Po co utrudniać ją sobie dodatkowo rzeczami, które mają tak niewielkie znaczenie jeśli chodzi o efekt?

