Zastanawialiście się kiedyś, czemu w sformułowaniu work-life balance „work” jest na pierwszym miejscu? Ani to sensowne. ani alfabetyczne. Od razu czuć, że idea powstała w zamierzchłej przeszłości – jeszcze przed pojawieniem się na rynku pracy millenialsów.

Faktycznie dopiero w XXI wieku na poważnie zaczęto rozważać kwestię, po co człowiekowi życie, kiedy ma pracę. OK, przyznaję, że wiek dwudziesty przysłużył się nam skróceniem dnia pracy z nieskończoności do 8 godzin, a następnie powstaniem weekendu w kształcie wolna sobota + niedziela. Można też dodać, że całkiem spoko było zlikwidowanie przymusowej pracy oraz pracy dzieci poniżej 16 roku życia. Ale umówmy się na tych filarach długo nic się nie pojawiało. Dopiero na przełomie lat 70 i 80 XX wieku powstała idea „work-life balance”, która miała wspierać pracodawców w… zwiększeniu efektywności pracowników.

Jeśli ćwiczyliście kiedykolwiek jakiś sport to wiecie, że w treningu równie ważne jak ćwiczenia są momenty regeneracji. Kojarzycie tych ludzi w siłce którzy mocują się z jakimiś hantlami, ciężarami i całą resztą tej przerażającej maszynerii? A kojarzycie jak taki jeden z drugą machnie kilka razy tą sztangielką i przez kolejne 5 minut snuje się z pogardliwą miną oglądając tych od robienia kardio na bieżni? No to właśnie tak jest z work-life balance – najpierw zapi#$%@lasz, a potem odpoczywasz, żebyś znowu mógł zapi#$%@lać.

I wtedy do pokoju wchodzimy my – millenialsi – cali na biało i mówimy: „sorry, ale w czwartki muszę wychodzić o 15:30, bo mam jogę”. Jeśli zetkom się wydaje, że sami wymyślili „nie mogę dziś przyjść do pracy, bo kot na mnie leży”, to się grubo mylą.

Kiedy zaczynałam haerową karierę nie mogłam uwierzyć, że ktoś serio może mieć taką postawę i jednocześnie może chcieć pracować w korpo. Będąc z małego miasta, nie posiadając bogatych rodziców, ani zasadniczo żadnej poduszki finansowej, pazurami i zębami trzymałam się mojej roboty (co zakończyło się długotrwałym leczeniem, więc nie idźcie tą drogą). W owych czasach „kultura zapi@#$!lu” miała się doskonale, bo naszymi szefami byli wyłącznie boomersi i Xy ze swoją nieetyczną etyką pracy (dupogodzin, nie wychodzenia z biura przed szefem i rezygnowania z urlopu na jedno pierdnięcie dyrekcji). Trzeba było długo czekać, ale wtedy właśnie dotarło do nas work-life balance. Mogliśmy zacząć wychodzić o 17tej (znaczy ja nie, bo u nas była obligatoryjna godzinna przerwa na lunch), ale nie za często.

Gdzieś w świecie, ktoś wspominał, że są ludzie, którzy mogą pracować z domu. Gdzie indziej tydzień pracy skrócono do 35 godzin. Pojawiały się informacje o „prawie do nieodbierania telefonu” po godzinach. W firmach zaczęto wprowadzać dłuższe urlopy łącznie z tzw. sabatical, czyli kilkumiesięczną przerwą w pracy… na poratowanie zdrowia.

Od kilku lat otwarcie mówi się o epidemii wypalenia zawodowego. Od 2022 roku wypalenie zawodowe jest jednostką chorobową, co oznacza, że lekarz może wystawić na nią zwolnienie. Koszty leczenia psychiatrycznego i wsparcia psychologicznego są coraz wyższe zarówno dla systemu zdrowia (koszty leczenia, koszty zasiłków), jak i dla pracodawców (koszt wyjęcia pracownika z grafiku). Ale dla nikogo te koszty nie są tak wysokie, jak dla nas – dla pacjentów.

Od czasów rewolucji przemysłowej, kiedy ludzie umierali w pracy, przy pracy i od pracy, warunki zatrudnienia wciąż i wciąż się poprawiały. Od 18togodzinnych szycht po owocowe wtorki. W którym momencie skręciliśmy w złą stronę? Bo wychodzi na to, że nasz wagonik sunie w kierunku umierania w pracy, przy pracy i od pracy. I po co? Bo te 150 lat temu pracowało się, żeby nie umrzeć z głodu. A dziś? Kiedy nasz zachodni świat w zasadzie nie doświadcza głodu? Czemu i po co tracimy życie?

Takie pytania zakiełkowały w głowach millenialsów i rozkwitają zetkom. Może zatem to już czas, żeby odwrócić kolejność na life work? I czy na pewno chcemy balansu? Czy chcemy dążyć do tego momentu, kiedy szale wagi są na równi? Czemu nie dać sobie możliwości dociążenia którejś ze stron, kiedy będzie nam na tym zależało? Może zamiast balansu potrzebne nam dopasowanie? Jakiś taki life – work match?
