HR czyli Human Resources to pojęcie znane od 100 lat z kawałkiem. Przeżywało swoje ewolucje, dobre czasy, złe czasy, aż dotarło do naszych czasów, kiedy słowa zyskują na znaczeniu. Po raz pierwszy to sformułowanie w literaturze pojawiło się w 1893 roku w książce „The distribution of Wealth” amerykańskiego ekonomisty Johna Rogersa Commonsa, ale nie zostało szczegółowo opisane. Pierwsza szersza definicja zasobów ludzkich pojawia się w 1958 roku u (jakże by inaczej) amerykańskiego socjologa i ekonomisty Edwarda Wighta Bakke’a. Od tego czasu znaczenie zarządzania zasobami ludzkimi w przedsiębiorstwach jedynie rosło.

W latach ’20 poprzedniego stulecia, czasach dla pracowników wybitnie trudnych human resources odnosiło się do godności i wartości człowieka jako pracownika. Od lat ’50 natomiast zaczęto w ten sposób mówić o człowieku, jako środku do celu, jaki ma zrealizować pracodawca. Straszne.

Jakiś czas temu świat biznesu zaczął kombinować, jakby tu haery odczarować i zamiast o Human Resources mówiono Human Relations. Brzmi lepiej i bardziej odpowiada temu, co obecnie takie przeciętne haery w firmach robią. Dbamy o relacje. I wcale nie oznacza to trzymania się za rączki przy owocowym czwartku i nuceniu „bo wszyscy w tej firmie, to jedna rodzina, starszy czy młodszy, chłopak czy dziewczyna”. To znaczy, że pracujemy nad tym, żeby ludzie się nie pozagryzali realizując swoje zadania. Pracujemy nad tym żeby przykładowy Czesio z cyber czy innego ryzyka, rozumiał, że Felicja z IT, albo jakiejś sprzedaży, nie robi mu na złość, tylko dba o jakość procesu. Doradzamy, co zrobić, żeby najcenniejszy zasób firmy (co jak mantrę powtarzają zarządy) realizował swoje zadania sprawnie, efektywnie, chętnie, w dobrych warunkach. Żeby ludziom się chciało. Żeby byli doceniani. I żeby tzw. management rozumiał, jak różni są ludzie i jak różne mają potrzeby.

I wiecie co jest najgorsze? Najgorsze przychodzi z ludźmi, którzy mentalnie nadal są gdzieś w latach ’50 ubiegłego stulecia. Kiedy decyzje haerowe podejmują osoby wierzące, że pracownik=maszyna do zarabiania pieniędzy dla firmy. Kiedy wszystko, co buduje fajną kulturę organizacyjną traktują jako zbędne koszty. Najgorzej, kiedy decyzje haerowe podejmują ludzie, którzy nie rozumieją, że środowisko pracy to nie tylko sprawny kalkulator i szkolenie z excela.

Żeby była jasność – haery służą biznesowi. To nie szamanizm. Haer to element strategicznego podejścia do budowania organizacji funkcjonującej efektywnie. Jesteśmy po to, żeby budować kapitał firmy – pozyskiwać ludzi z kompetencjami potrzebnymi do generowania zysków. Pracujemy nad tym, żeby ograniczać koszty utraty tych kompetencji budując taką kulturę organizacyjną, która sprawia, że z tej firmy nie chce się odchodzić. I moja filozofia haeru właśnie na takiej kulturze się opiera. Na ludziach, na środowisku pracy, na zrównoważonym rozwoju firmy, na komunikacji ułatwiającej życie.

HR stał się modny już wiele lat temu. Niestety wielu ważnych ludzi jedynie udaje, że wie o co w nim chodzi. I okazuje się, że owszem, grają w haery, ale czy je znają? Czy chcą je poznać?

