Tak śpiewała Kasia Cerekwicka bardzo, bardzo dawno temu o sytuacji romantycznej. Koniec związku to trudna sprawa. Są łzy i żal za czymś, co było fajne i mogło być fajne, ale… Pojawia się „ale”, dzieje się „coś” i relacja, która dawała radość, już tej radości nie daje.
A co ma wspólnego haer z końcem romansu? No zdziwilibyście się jak wiele! Zawsze powtarzam, że rozmowa rekrutacyjna jest jak pierwsza randka. Albo jest chemia albo jej nie ma. Bo w rekrutacji nie chodzi wyłącznie o kompetencje. Chodzi o osobowość, dopasowanie do kultury firmy, chęć spędzania wspólnie 8 godzin dziennie, 5 dni w tygodniu! Głupio jest spędzać 1/3 doby w środowisku, które ci nie pasuje, z ludźmi których nie poważasz i których obecność w tym samym pomieszczeniu wywołuje wzrost ciśnienia i wewnętrzny krzyk rozpaczy. Żeby rekrutacja się powiodła obie strony muszą chcieć ze sobą pracować, a nie tylko umieć.

Znacie sformułowanie „work wife” albo „work husband” albo „work bestie”? To taka osoba w firmie, z którą spędzasz najwięcej czasu. Pracujecie razem, ale to nie wszystko – wspólnie kawkujecie, przynosicie sobie najlepsze owocki w owocowy czwartek, plotkujecie o tych wszystkich jędzach i palantach, których wspólnie nie lubicie. Łączy was więź.

A kojarzycie ten stan, kiedy poniedziałek nie jest tragedią, bo chociaż nie chce się wstawać i wiesz, że masz milion durnych spotkań to w sumie wiesz też, że spotkasz się z fajnymi ludźmi, pośmiejesz się, zjesz kanapkę ze swoją bestie i będziesz drzeć łacha, jak znowu wegański majonez spadnie jej na strategiczne miejsce na kiecce.

Pamiętam, że w pandemii uwielbiałam home office i prawie się popłakałam kiedy musiałam wrócić do biura. Ale jak tylko zaczęłam się szykować – zamieniłam dresy na ciuchy „do ludzi”, umalowałam się – poczułam jakąś ekscytację. A kiedy już dotarłam do biura i zobaczyłam te wszystkie miłe mordki, to stwierdziłam, że praca hybrydowa jest totalnie dla mnie.

I tu wkracza Kasia Cerekwicka. Wpada na scenę razem z tym „czymś”, co wkrada się do twojej pracy i zaczyna ją psuć. Coś się zmienia – czasem nagle, a czasem powolutku. Może odchodzi „work-wife”, a może firma kasuje najfajniejszy projekt przy jakim pracował_ś i znika perspektywa na kolejne. Czasem zmienia się szef i z miłej, motywującej atmosfery robi się atmosferka cuchnąca musztrą i grozą. I w końcu pojawia się w głowie ten wers „odchodzę, dłużej tak nie wytrzymam, chcę być znowu szczęśliwa…”. Wspominasz te wszystkie piękne chwile, super zadania, zgrany zespół, wdrożenia na ostatnią chwilę, które okazywały się mega sukcesem i swoje przekonanie, że to jest właśnie miejsce gdzie chcesz spędzić resztę życia! Myślisz o możliwościach jakie miał_ś. Próbujesz przeczekać, bo nie wierzysz, że to się dzieje. Wściekasz się i masz ochotę wykrzyczeć „psujom”, że są „psujami”. A w końcu wchodzisz na pracuj.pl. Czasem ze łzami w oczach. Przechodzisz swoistą żałobę. Nie po stanowisku i nie po kasie. Po fajnym życiu z fajną pracą i fajnymi ludźmi. Po jakimś etapie, który właśnie się skończył.

Tak jak po zakończonym związku romantycznym, tak i po pracy, z której trzeba odejść, odczuwa się żal. Można nawet płakać. Ale tak jak ze słabego związku, tak i ze słabej pracy, dla własnego dobra trzeba odejść. Dla swojego zdrowia psychicznego i fizycznego, bo jedno na drugie ma ogromny wpływ. Koniec tego etapu, to nie koniec wszystkiego. Znalezienie fajnej roboty, tak jak znalezienie fajnego partnera do życia, łatwe nie jest, ale jak mawiają ciocie i babcie we wszystkich zakątkach globu „tego kwiatu jest pół światu”, a „każda potwora znajdzie swego amatora”. I tu wchodzi Beyonce z koleżankami – ” I’m a survivor, I’m not gonna give up…
