Pojawiła mi się niedawno w głowie, taka całkiem genialna myśl – jestem pracowniczką! Będąc haerką rzadko możesz to odczuć. Bo przecież haer to prawie jak „ci na górze”. Haer to zbrojne ramię „firmy” – zwolnienia, słaba kasa, ban na szkolenia i wszystkie te durne rzeczy, które wymyślają popijając kawusię w chill roomach. „Wy w haerach” to jedno ze sformułowań, które kłuje za każdym razem, kiedy je słyszę. A teksty o tym że „haery” opływają we wszelkie firmowe dobra, podczas gdy pracownicy muszą się z nimi użerać, już nawet nie podnoszą mi ciśnienia.

Praca haera polega na wspieraniu ludzi zarządzających firmą w… pracy z ludźmi. Tak, wiąże się to z tym, że często jesteśmy umiejscowieni blisko decydentów. Większość z nas, ta profesjonalna, stara się tak doradzać, żeby w firmie pracowali właściwi ludzie i żeby czuli się w swojej robocie dobrze. Na tyle dobrze, żeby chcieli zostać w niej na lata. Żeby chcieli się w niej rozwijać i wykorzystywać swoje kompetencje do realizowania celów firmy. Jesteśmy przekaźnikami – od zarządu do pracowników i od pracowników do zarządu. Czasem ktoś nas słucha, a czasem nie. Ale cała nasza praca polega na… robieniu ludziom dobrze.

Problem polega na tym, że w swojej roli gubimy siebie jako pracowników. Moja znajoma od nastu lat pracuje w firmie, którą uwielbia. Lubi ludzi, z którymi pracuje, lubi swoje zadania, a w poniedziałek w drodze do roboty nie cierpi katuszy. W ciągu tych nastu lat trzy razy dostała podwyżkę. Nigdy nie była na szkoleniu, które sama sobie wybrała – chodziła na te, które trzeba było przetestować na potrzeby wszystkich pracowników. Chociaż zawsze robiła więcej niż od niej oczekiwano, premię dostawała bez dodatków, bo to by mogło źle wyglądać, gdyby dodatkowe pieniądze trafiały do haerki.

Kolega haerowiec w jednej z dużych firm miał ostatnio trudny czas w robocie. Zmieniło się kierownictwo działu, a osoba która „przejęła władzę” pochodziła z korpo-nadania – awans za wysługę lat bardziej niż za kompetencje. Nowe szefostwo wprowadziło nowe zasady, które w dużej mierze uderzały w podległych mu pracowników. Zarządzanie przez zastraszanie i umniejszanie. Czuł się coraz gorzej, coraz trudniej było mu wykonywać pracę. Nie chciał odchodzić, ale nie miał do kogo iść po wsparcie, bo nie było haerowego wsparcia dla haerów poza nowym, toksycznym szefostwem. Złożył wypowiedzenie.

Tak zwany biznes lubi patrzeć na nas jak na ciało obce. Jakbyśmy nie pracowali w tej samej firmie, z tymi samymi procedurami, na tych samych umowach. Jakbyśmy nie byli pracownikami jako i oni są. A co ciekawe, takie podejście nie jest uzależnione od pozycji w firmowej hierarchii. Specjalista, menedżer i dyrektor tak samo widzą „siły kadrowe z działów personalnych”. I to jest dla mnie smutne. Bo jako pracownica chciałabym mieć jakiegoś haera, żeby móc komuś pojojczyć.


Dodaj komentarz