Będąc haerką od lat, wielokrotnie doświadczałam zdziwienia. W pracy, między ludźmi, mogą dziać się takie rzeczy, że gdyby nie-haery o tym wiedziały, to zbierałyby szczęki z podłogi przez większą część swojego etatowego życia. Ale te rzeczy już mnie nie dziwią. Serio – spróbuj kiedyś zaskoczyć doświadczonego haera jakimś „kejsem”.

To co zadziwia mnie nadal, mimo lat doświadczeń, to jak często niedoceniane są najprostsze rozwiązania, takie na przykład jak rozmowa. Jakiś czas temu znajoma podzieliła się ze mną historią o menedżerze, który postanowił zwolnić jedną ze swoich podwładnych, bo notorycznie spóźniała się do pracy. Dziewczyna pracowała w firmie jakieś trzy lata, robiła swoją robotę przyzwoicie – żadna gwiazda, ale kiedy coś jej zlecano wykonywała. W pewnym momencie szef zauważył, że coraz częściej jego podwładna nie wyrabia się z rozpoczynaniem pracy o 9:00. Na początku pomyślał, że może to chwilowe, bo nigdy nie wiadomo, gdzie jest remont drogi czy torów tramwajowych – takie rzeczy się zdarzają. Ale sytuacja się przedłużała. Z pięciominutowych spóźnień zrobiło się 25 minut, w końcu przekroczyło 30. Żeby jeszcze odpracowywała zostając dłużej, ale nie. Wychodziła punkt 17:00. Szef się wkurzał, spoglądał znacząco na zegarek, gdy zdarzyło mu się w korytarzu minąć ją spóźnioną. Już nie tylko jej brak punktualności go irytował, ale zaczął rozmyślać o stylu jej pracy. Zlecone zadania robiła, ale gdzie inicjatywa? Gdzie zaangażowanie? Coraz więcej go denerwowało, aż pewnego dnia naskrobał maila do swojej HR Business Partnerki, że wkurzającej koleżanki trzeba się pozbyć.

To może być dla wielu szok, ale HRBP nie zawsze robi wszystko, co menedżment każe. Znajoma zadzwoniła do pana szefa, żeby wypytać dokładnie, o co chodzi. Czym takim zasłużyła sobie ta pracowniczka, żeby pozbawić ją pracy. Wszak do takich działań trzeba mieć naprawdę poważny powód. Menedżer wymienił brak przestrzegania regulaminu pracy, demotywowanie współpracowników, brak zaangażowania, i dalej się rozpędzał, kiedy haerka brutalnie mu przerwała bezczelnym pytaniem: „a rozmawiałeś z nią o tym?”. Tylko na chwilę odebrało mu to głos, po czym parsknął stwierdzając, że chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć, że ma przychodzić do roboty punktualnie. Tu padło drugie pytanie: „ale zapytałeś ją dlaczego się spóźnia?”.

Wymiana zdań trwała dłuższą chwilę, jednak wobec oporu mojej znajomej do zwolnienia dziewczyny, menedżer w końcu zgodził się przeprowadzić z podwładną poważną rozmowę. Zabierał się do tego jak pies do jeża, bo najtwardsi szefowie zwykle najbardziej się obawiają rozmów feedbackowych. Przez kilka tygodni nie dawał znaku życia swojej haerce, a haerka pochłonięta codziennością jakoś o nim zapomniała. Spotkali się któregoś dnia w kolejce do pana kanapki i wtedy go zagadnęła. I co się okazało? Kilka miesięcy wcześniej mama tej pracowniczki przeszła wylew i wymagała stałej opieki. Córka zabrała ją do siebie, codziennie kiedy wychodziła do pracy mamą zajmowała się pielęgniarka. Niestety 3 razy w tygodniu pielęgniarka mogła przychodzić dopiero na 9:00, dlatego dziewczyna musiała czekać na jej pojawienie się i w taki sposób zaczęła się spóźniać. Ktoś powie „no ale czemu nic nie powiedziała?” Bo to taki typ, który niepytany nie mówi. Menedżer poszedł dziewczynie na rękę. 3 razy w tygodniu mogła zaczynać później, ale 2 razy w tygodniu, kiedy pielęgniarka przychodziła na 8, dziewczyna pojawiała się w pracy pół godziny wcześniej. I dalej robi swoją robotę solidnie i bez wychylania się.

To dla mnie wciąż niesamowite, że coś takiego jak rozmowa jako narzędzie zarządzania zespołem, może być dla kogoś mózgowybuchem („mindblow”). Czymś, co spada na niego, jak grom z jasnego nieba i nagle oświetla drogę do wspólnego sukcesu. Kiedy proponuję ludziom rozmowę jako pierwszy krok na drodze do rozwiązania problemu, zwykle spotykam się z ciężkim westchnięciem, jakby ten ktoś chciał powiedzieć „no dobra, a kiedy w końcu zajmiemy się tematem na poważnie?!”. I czasem nawet najlepszym zdarza się wpaść w pułapkę „to zbyt proste”. Kiedy przychodzi do nas petent z problemem, wydaje nam się, że z pewnością wypróbował już wszystkie oczywiste narzędzia jego rozwiązania. Skoro ja zwykle najpierw szukam odpowiedzi w googlach, to mój rozmówca na pewno też. Nie chcemy palnąć czegoś głupiego. Szukamy, wymyślamy, przepalamy energię nie zadając nawet pytania z cyklu „a próbowałeś wyłączyć i włączyć raz jeszcze?”. Wierzcie mi – w 95% przypadków to działa.

