I’m not a leader – I’m a follower

3–4 minut

Jakiś czas temu trafiłam na tekst o tym, że pracownicy z pokolenia Z nie chcą być menedżerami. Wszystkie informacje o tym, jak trudne są kolejne pokolenia na rynku pracy traktuję z dużym przymrużeniem oka. Takim, że już nawet konturów nie widać, tylko smugi światła, bo tyle mniej więcej w tych tekstach prawdy. Nad tym jednak się zatrzymałam. I nie dlatego, że powaliło mnie to odkrycie. Zaczęłam się zastanawiać nad menedżerami których znam i doszłam do wniosków…

źródło: HRmemes

Na litość kosmosu!!! Zawsze byli ludzie, którzy nie mieli ochoty nikomu szefować. Znałam takich zanim jeszcze pokolenie Z wylazło z pieluch. Problem polegał na tym, że nie wypadało o tym mówić! Kult lidera tak bardzo zawładną biznesem, że głupio było powiedzieć „nie stary, nie chce tej władzy i piniendzy, bo w sumie to lubię to, co robię i nie potrzebuję więcej”. Taki odważny nie dość, że dostałby etykietkę pozbawionego wszelkich ambicji, to pewnie w kolejnym roku zostałby zachęcony do szukania swojego miejsca poza organizacją, bo brak chęci zostania menedżerem w korpo był traktowany niemal jak intelektualne uwstecznienie.

źródło: pinterest.com

Trochę głośniej takie opinie zaczęli wygłaszać millenialsi, a zetki idąc krok dalej po prostu nie widzą nic niewłaściwego w otwartym komunikowaniu, że nie mają ochoty brać na siebie odpowiedzialności za zespoły. Nie mają ochoty na użeranie się z górą i dołem organizacji. Nie mają ochoty na bezpłatne nadgodziny, dodatkowy stres i „prestiż” uczestniczenia w niezliczonych spotkaniach menedżerskich. Nawet jeśli to oznacza większą kasę.

źródło: pinterest.com

Okazuje się zatem, że mentalnie jestem zetką! Koleżanka ostatnio podesłała mi ofertę pracy na stanowisku menedżerskim, a mnie oblał zimny pot. Od dwudziestu lat pracuję z menedżerami i znam tę robotę z każdej niemal strony – poza dźwiganiem jej na własnych barkach. Podziwiam dobrych menedżerów. Tych którzy mają cierpliwość do swoich podwładnych, kiedy jeden z drugą po raz pięćsetny robią ten sam błąd, a kiedy ktoś zwraca im uwagę mówią „no wiem, wiem, tylko zapomniałem”. Albo kiedy co trzy miesiące odwiedzają ich pielgrzymki podwyżkowe. Jak powiedzieć człowiekowi, że nie dostanie podwyżki, bo zwyczajnie na nią nie zapracował? Albo, że nie dostanie kolejnej podwyżki w tym roku tylko dlatego, że wziął samochód w leasing i okazało się, że słabo przekalkulował swój domowy budżet?

źródło: pinterest.com

Podziwiam menedżerów, którzy mają cierpliwość do swoich szefów, kiedy dostają zjebkę za coś, co nie było ich winą, a zadziało się, bo szef za późno przekazał informację. Albo kiedy po raz kolejny wysłuchują wykładu o roli lidera i że biznes jest najważniejszy i że wymaga poświęceń, więc trzeba w weekend posiedzieć nad prezentacją na poniedziałkowy zarząd, o którym dyrektor wiedział od miesiąca, ale przypomniał sobie w piątek (a który i tak się nie odbędzie, bo przeniosą go na za tydzień). Podziwiam menedżerów rzetelnych i uczciwych – takich, którzy potrafią wyjść z zespołem na piwo, ale też uczciwie dać trudny feedback, kiedy jest konieczny.

źródło: someecards.com

W takich sytuacjach moja skromna osoba odpadłaby, schowała się pod biurkiem, zaczęła płakać/krzyczeć/śmiać się histerycznie – co kto woli. Nie mam predyspozycji liderskich i mówię o tym otwarcie. Za to potrafię dobrego lidera rozpoznać i iść wyznaczoną drogą dokładając swoje pomysły na ścieżki.

źródło: odyssey/pinterest

Szkoda, że nie wszyscy mają ten wgląd. Spotkałam ostatnio sporo ludzi, którym za mocno weszły podręczniki do liderskiego samorozwoju. Brak menedżerskich ambicji zawsze będzie lepszy niż ich przerost. Powiedzenie, że nie nadaję się do zarządzania ludźmi zawsze będzie odważniejsze i mądrzejsze, niż pchanie się na menedżerskie stołki, bo taka „powinna być” naturalna ścieżka rozwoju. Ilu fatalnych szefów udałoby się uniknąć, gdybyśmy potrafili, jak zetki, spojrzeć na te role trzeźwo i ocenić: czy mi się chce, czy to jest warte tych wszystkich poświęceń i przede wszystkim, czy będę w to umiała.

źródło: dumpaday.com