Coaching z autentycznością w pakiecie

2–4 minut

Wkraczając na ścieżkę coachingową nie wiedziałam czego oczekuję. Gorzej – nadal nie wiem. Ale dzięki wkroczeniu na ścieżkę coachingową, wiem, że mnie to nie martwi.

Na jednej z sesji, gdzie to ja byłam klientką, określiłam, że moim celem jest zostać coachką. Chcę pracować z ludźmi, których kilka kroków dzieli od osiągnięcia czegoś fajnego, od spełnienia marzenia, albo od wyjścia z ciemnego miejsca, w którym tkwią. Nie zostanę terapeutką, bo znam swoje ograniczenia i obawiam się, że nie umiałabym zachować zdrowych granic. Coaching to zupełnie inna bajka. Bajka, w którą weszłam rozwijając się jako HR Business Partnerka i w której czuję się jak księżniczka w swojej własnej prywatnej wieży, ze swoim własnym prywatnym smokiem, czyli super.

źródło: pinterest

Na którymś z kolejnych spotkań z moją coachką padły pytania o to, czy zamierzam na coachingu zarabiać. Wytrąciło mnie to ze strefy komfortu, bo zarabianie jakoś nie mieściło się w mojej bajce. Było gdzieś w tle, jako oczywisty element związany z koniecznością opłacania rachunków i zakupu karmy dla całej gromady moich zwierząt. Jako typowy ADHD’owiec odpowiedziałam więc bez wahania – oczywiście, że chcę zarabiać! I mój mózg ruszył na poszukiwania sposobów na zarabianie pieniędzy. Jeśli kiedyś widzieliście, jak wygląda wypuszczenie koni z boksów na wyścigach, to możecie sobie zwizualizować, co działo się w mojej głowie. Jedyna różnica to, że konie biegną w tym samym kierunku, a moje myśli w momencie zwolnienia blokady pobiegły każda w swoją stronę. Było ich około 300 milionów. Myśli. Chociaż w sumie i stron.

źródło: pinterest

Założyłam stronę, odświeżyłam bloga, powołałam instagrama i odkopałam fejsbuka, a także zaczęłam udzielać się na linkedinie. Ogłosiłam wśród znajomych potrzebę ćwiczenia się w fachu. Kupiłam segregator, kołonotatnik i czaderskie przyklejane karteczki w kształcie kapibary. Krew zawrzała. Ekscytacja urosła i tylko doba nie chciała się rozciągnąć, żeby, poza pracą na etacie, uczeniem się, życiem rodzinnym i chorowaniem, pomieścić dodatkowe zajęcia związane z budową strony, prowadzeniem sesji i tworzeniem osobistej marki.

Bo problem polega na tym, że ja nienawidzę Linkedina. Chyba nawet bardziej niż Facebooka. I nie robię tylu zdjęć, żeby mieć co wrzucać bez przerwy na insta. Ciągle się zastanawiam skąd ludzie biorą te wszystkie treści, które zupełnie bez wysiłku, jak gdyby nigdy nic, publikują z aptekarską regularnością. W dodatku mają zdjęcia w garsonkach i garniturach! Skąd ludzie biorą czas i siły na to, żeby nie tylko przeżyć te wszystkie sukcesy i niezwykłe momenty, ale później jeszcze je opisać??? I kiedy poznają tych ludzi, którzy tłumnie wchodzą na ich strony, kupują ich porady, lajkują zdjęcia, komentują posty??? Od samego myślenia o tym, robię się zmęczona.

źródło: pinterest

Przemyślawszy to wszystko, po coachingowemu zadałam sobie pytanie – „jak się z tym czujesz?”. A odpowiedź brzmiała – „źle”. Coach we mnie dodał inteligentnie „to co byś chciała z tym zrobić?”, a coachee odparła „odpuścić” i wzajemnie się do siebie uśmiechnęłyśmy.

Jedną z zasad mojego coachingu jest autentyczność. Klient dostaje autentyczne wsparcie, zainteresowanie, obecność i zaufanie. Ale żeby to komuś dać, muszę to mieć. I w taki sposób doszłam do wniosku, że będąc coachką, będę uprawiać swoją autentyczność, jak nie przymierzając ziemniaki na ulubione frytki. Nie zniknę z linkedina, z FB czy z Insta, bo żyjemy w świecie, w którym ludzie dowiadują się o takich osobach jak ja, również (a może przede wszystkim) z takich źródeł. Ale nie będę też narzucać sobie rygorów mediów społecznościowych. To nie w moim stylu.

źródło: pinterest

Kiedy decydowałam się wejść na ścieżkę coachingową, nie chciałam zostać „najlepszym coachem”, ani „znanym coachem” ani „bogatym coachem”. Chciałam robić w pracy to, co daje mi satysfakcję i sprawia radość. Muszę tylko o tym pamiętać idąc dalej w ten las.

Dodaj komentarz