Początek miesiąca to tradycyjnie w większych firmach czas onboardingu, czyli wpuszczania na pokład nowych członków załogi, którzy mają pomóc tej łajbie płynąć dalej i zdobywać kolejne morza i oceany. W wielu organizacjach ten dzień, czy kilka dni, to czas poświęcony na wdrożenie, zapoznanie z kulturą organizacyjną, przekazanie niezbędnych sprzętów i materiałów. W nieco mniejszej grupie organizacji to też czas przyjęcia nowych osób do zespołu, zaopiekowania się nimi, zbudowania poczucia bezpieczeństwa i wprowadzenie do środowiska, w którym mają się dobrze czuć i sprawnie rozwijać. Ale jest też taka grupa firm, w której tuż po onboardingu, nowy pracownik, jak pasażer Titanica zderza się z lodową górą rzeczywistości zupełnie innej niż ta prezentowana na rekrutacji. I powstaje taki niemiły rozdźwięk.

Jesteś dla nas ważn_
To chyba najczęstsze kłamstwo z jakim mierzą się nowi pracownicy. Na rozmowie rekrutacyjnej czujesz się świetnie, słyszysz o ciekawych zadaniach, możliwościach rozwoju, swoim idealnym dopasowaniu do zespołu i projektów. Jeszcze w trakcie omawiania oferty zatrudnienia rekruter podkreśla, jak dobrze się rozmawiało i że twoje kompetencje to właśnie to, czego ta firma potrzebuje. Akceptujesz warunki i czekasz. Czekasz. Czekasz. Nie wiesz w sumie co dalej. Czy masz przyjść po prostu tego pierwszego dnia, czy jeszcze coś trzeba załatwiać? Kiedy podpisanie umowy? Powinieneś coś ze sobą przynieść? W końcu ktoś rozwiewa twoje wątpliwości i dostajesz zaproszenie na onboarding. Przechodzisz obowiązkowe szkolenia, dostajesz komputer i masz iść do domu. Szef, który na rozmowie rekrutacyjnej tak się rozpływał nad twoją zajebistością nawet nie zadzwonił.

Będziesz robić super rzeczy
W ogłoszeniu czytał_ś, że twój nowy pracodawca to „lider w swojej branży”, a na rozmowie rekrutacyjnej opis twoich zadań brzmiał jak spełnienie marzeń. Drugiego dnia w nowym miejscu okazuje się jednak, że nie masz wszystkich dostępów do systemów w których można te super rzeczy realizować, więc na razie zajmiesz się czymś innym. Dostępy dostają pracownicy po okresie próbnym. Poza tym i tak najlepiej zapoznasz się z tym, co robi firma, kiedy będziesz przepisywać dane z tabeli A do tabeli B. Ktoś to musi zrobić, a wszyscy inni w zespole są zajęci ważniejszymi rzeczami.
Praca w przyjaznej atmosferze
No właśnie wszyscy w zespole są zajęci, a koleżanka, która wprowadza cię w obowiązki to ta, na której miejsce został_ś zatrudnion_. Słitaśnie. Ludzie z innych zespołów jeszcze nie wiedzą kim jesteś, bo szef nie wysłał maila informującego o twoim dołączeniu do firmy. Może to i lepiej biorąc pod uwagę, że ciągle myli twoje imię.

Elastyczny czas pracy
Cieszył_ś się bo pierwszy dzień trwał tylko 5 godzin i po szkoleniach i odebraniu kompa można było jechać do domu. Nikt ci nie powiedział, że trzeba będzie to odrobić? Z procentami. Bo jak się okazuje elastyczność czasu pracy idzie w kierunku jego rozciągania na cały dzień. I to w biurze. Co prawda pracujecie hybrydowo, ale na rekrutacji menedżer zapomniał wspomnieć, że przez pierwszy miesiąc oczekuje codziennej obecności w biurze. Myślał, że to oczywiste.
Koniec końców, jest ok
Po trzech tygodniach znasz już cały zespół i nawet ich lubisz. Ludzie z twojego piętra są spoko – spotykacie się przy ekspresie i wymieniacie uszczypliwościami na temat dostępów do systemów i tego jak oprogramowanie firmowe się wiesza na znak, że czas wrócić do domu. Szef jest ok, a zadania co prawda odwłoka nie urywają, ale są coraz ciekawsze. No i hajs się zgadza. Już nie chcesz uciekać, jak po pierwszym tygodniu. Ale też nie polecisz tej roboty znajomym. Bo co masz im powiedzieć – jest ok, ale nie spodziewaj się za wiele?

Czy można to było zrobić lepiej? Pewnie. Bo poza dość wąską korpobańką, ludzie szukający pracy tak na prawdę nie oczekują fajerwerków. Oczekują spoko miejsca, z fajnymi ludźmi, zdaniami, które wykonuje się bez niechęci, i wynagrodzenia, za które da się fajnie żyć. Cała ta lukrowana otoczka, gdzie firma sprzedaje się jako najlepsze miejsce pracy, jest miłym dodatkiem. O ile jest prawdziwa. Oczywiście, że fajnie jest dostać jakiś gadżet na onboardingu, ale jeszcze fajniej dostać jasne informacje przed rozpoczęciem pracy o tym, co cię czeka – kiedy nastąpi kontakt i co będzie konieczne do dopełnienia formalności. Super jak cię chwalą na rozmowie rekrutacyjnej, ale jeszcze bardziej super, kiedy menedżer zadzwoni, albo pofatyguje się spotkać ze swoim nowym człowiekiem pierwszego dnia onboardingowego i opowie, co będzie się działo przez kolejne dni. Nic nie robi tak dobrego wrażenia, jak sprawne wejście do organizacji, bez problemów sprzętowych i dostępowych. Z mailem o twoim pojawieniu się w firmie czekającym na skrzynce. Z krótkim, nawet on-line’owym spotkaniem z nowym zespołem, na którym zobaczysz twarze i dowiesz się, z kim będziesz pracować.
Onboarding nie musi być skomplikowany ani drogi. Ale musi być sprawny, szczery i skupiony na podstawowym celu, jakim jest wprowadzenie nowego człowieka do firmy tak, żeby jak najszybciej się wdrożył i pomagał w sterowaniu tą łajbą.
