Witaj na pokładzie czyli jak dziś okłamuje onboarding

3–5 minut

Początek miesiąca to tradycyjnie w większych firmach czas onboardingu, czyli wpuszczania na pokład nowych członków załogi, którzy mają pomóc tej łajbie płynąć dalej i zdobywać kolejne morza i oceany. W wielu organizacjach ten dzień, czy kilka dni, to czas poświęcony na wdrożenie, zapoznanie z kulturą organizacyjną, przekazanie niezbędnych sprzętów i materiałów. W nieco mniejszej grupie organizacji to też czas przyjęcia nowych osób do zespołu, zaopiekowania się nimi, zbudowania poczucia bezpieczeństwa i wprowadzenie do środowiska, w którym mają się dobrze czuć i sprawnie rozwijać. Ale jest też taka grupa firm, w której tuż po onboardingu, nowy pracownik, jak pasażer Titanica zderza się z lodową górą rzeczywistości zupełnie innej niż ta prezentowana na rekrutacji. I powstaje taki niemiły rozdźwięk.

źródło: pinterest

Jesteś dla nas ważn_

To chyba najczęstsze kłamstwo z jakim mierzą się nowi pracownicy. Na rozmowie rekrutacyjnej czujesz się świetnie, słyszysz o ciekawych zadaniach, możliwościach rozwoju, swoim idealnym dopasowaniu do zespołu i projektów. Jeszcze w trakcie omawiania oferty zatrudnienia rekruter podkreśla, jak dobrze się rozmawiało i że twoje kompetencje to właśnie to, czego ta firma potrzebuje. Akceptujesz warunki i czekasz. Czekasz. Czekasz. Nie wiesz w sumie co dalej. Czy masz przyjść po prostu tego pierwszego dnia, czy jeszcze coś trzeba załatwiać? Kiedy podpisanie umowy? Powinieneś coś ze sobą przynieść? W końcu ktoś rozwiewa twoje wątpliwości i dostajesz zaproszenie na onboarding. Przechodzisz obowiązkowe szkolenia, dostajesz komputer i masz iść do domu. Szef, który na rozmowie rekrutacyjnej tak się rozpływał nad twoją zajebistością nawet nie zadzwonił.

źródło: pinterest

Będziesz robić super rzeczy

W ogłoszeniu czytał_ś, że twój nowy pracodawca to „lider w swojej branży”, a na rozmowie rekrutacyjnej opis twoich zadań brzmiał jak spełnienie marzeń. Drugiego dnia w nowym miejscu okazuje się jednak, że nie masz wszystkich dostępów do systemów w których można te super rzeczy realizować, więc na razie zajmiesz się czymś innym. Dostępy dostają pracownicy po okresie próbnym. Poza tym i tak najlepiej zapoznasz się z tym, co robi firma, kiedy będziesz przepisywać dane z tabeli A do tabeli B. Ktoś to musi zrobić, a wszyscy inni w zespole są zajęci ważniejszymi rzeczami.

Praca w przyjaznej atmosferze

No właśnie wszyscy w zespole są zajęci, a koleżanka, która wprowadza cię w obowiązki to ta, na której miejsce został_ś zatrudnion_. Słitaśnie. Ludzie z innych zespołów jeszcze nie wiedzą kim jesteś, bo szef nie wysłał maila informującego o twoim dołączeniu do firmy. Może to i lepiej biorąc pod uwagę, że ciągle myli twoje imię.

źródło: pinterest

Elastyczny czas pracy

Cieszył_ś się bo pierwszy dzień trwał tylko 5 godzin i po szkoleniach i odebraniu kompa można było jechać do domu. Nikt ci nie powiedział, że trzeba będzie to odrobić? Z procentami. Bo jak się okazuje elastyczność czasu pracy idzie w kierunku jego rozciągania na cały dzień. I to w biurze. Co prawda pracujecie hybrydowo, ale na rekrutacji menedżer zapomniał wspomnieć, że przez pierwszy miesiąc oczekuje codziennej obecności w biurze. Myślał, że to oczywiste.

Koniec końców, jest ok

Po trzech tygodniach znasz już cały zespół i nawet ich lubisz. Ludzie z twojego piętra są spoko – spotykacie się przy ekspresie i wymieniacie uszczypliwościami na temat dostępów do systemów i tego jak oprogramowanie firmowe się wiesza na znak, że czas wrócić do domu. Szef jest ok, a zadania co prawda odwłoka nie urywają, ale są coraz ciekawsze. No i hajs się zgadza. Już nie chcesz uciekać, jak po pierwszym tygodniu. Ale też nie polecisz tej roboty znajomym. Bo co masz im powiedzieć – jest ok, ale nie spodziewaj się za wiele?

źródło: pinterest

Czy można to było zrobić lepiej? Pewnie. Bo poza dość wąską korpobańką, ludzie szukający pracy tak na prawdę nie oczekują fajerwerków. Oczekują spoko miejsca, z fajnymi ludźmi, zdaniami, które wykonuje się bez niechęci, i wynagrodzenia, za które da się fajnie żyć. Cała ta lukrowana otoczka, gdzie firma sprzedaje się jako najlepsze miejsce pracy, jest miłym dodatkiem. O ile jest prawdziwa. Oczywiście, że fajnie jest dostać jakiś gadżet na onboardingu, ale jeszcze fajniej dostać jasne informacje przed rozpoczęciem pracy o tym, co cię czeka – kiedy nastąpi kontakt i co będzie konieczne do dopełnienia formalności. Super jak cię chwalą na rozmowie rekrutacyjnej, ale jeszcze bardziej super, kiedy menedżer zadzwoni, albo pofatyguje się spotkać ze swoim nowym człowiekiem pierwszego dnia onboardingowego i opowie, co będzie się działo przez kolejne dni. Nic nie robi tak dobrego wrażenia, jak sprawne wejście do organizacji, bez problemów sprzętowych i dostępowych. Z mailem o twoim pojawieniu się w firmie czekającym na skrzynce. Z krótkim, nawet on-line’owym spotkaniem z nowym zespołem, na którym zobaczysz twarze i dowiesz się, z kim będziesz pracować.

Onboarding nie musi być skomplikowany ani drogi. Ale musi być sprawny, szczery i skupiony na podstawowym celu, jakim jest wprowadzenie nowego człowieka do firmy tak, żeby jak najszybciej się wdrożył i pomagał w sterowaniu tą łajbą.