Czy wiedzieliście, że w korpo rozstanie z pracownikiem rozpatruje się w dwóch wymiarach? Po pierwsze dzieli się je ze względu na inicjatywę rozstania. Możemy więc mieć do czynienia z inicjatywą pracownika lub pracodawcy, czyli albo to pracownik odchodzi, albo firma go zwalnia. Drugi wymiar jest nieco bardziej skomplikowany – rozstanie z pracownikiem może stanowić stratę (loss) lub brak straty (no loss). Innymi słowy firma określa, jak dużą „wartość” miał pracownik – na ile łatwo będzie go zastąpić. Co ciekawe, jeśli firma zwalnia pracownika, to wcale nie znaczy, że jego odejście zostanie skategoryzowane jako brak straty, chociaż wydawałoby się to sensowne. W końcu pracodawcy pozbywają się tych, którzy są im zbędni, prawda? Niekoniecznie. Taką samą klasyfikację możemy zastosować w drugą stronę. To, że składasz wypowiedzenie nie musi oznaczać, że nie jest ci szkoda tej roboty. To, że dostajesz wypowiedzenie nie musi oznaczać, że tracisz życiową szansę.

Przyjrzyjmy się temu bliżej. Wyobraź sobie Eulalię pracującą od kilku lat w firmie „Fajna”. Eulalia lubi swoją pracę, ludzi z którymi pracuje, jest zadowolona z warunków i biznes się kręci. Do czasu… Pewnego dnia zmienia się szefostwo fajnej firmy. Ludzie przestają być mili, atmosfera robi się coraz cięższa, a wreszcie toksyczna. Eulalia nie może już wypełniać swoich zadań tak, jak dawniej i realizować się w tym co robi. W końcu pojawia się mobbing. Przez te wszystkie lata Eulalia zżyła się z firmą, utożsamiała się z nią, miała poczucie, że to jej miejsce na ziemi. Jednak teraz zamiast ekscytacji na myśl o kolejnym dniu, czuje złość, rozgoryczenie, żal. Fajna firma już nie realizuje wartości, które dla Eulalii są ważne. W końcu zapada decyzja – odchodzę. Z jednej strony na pewno jest ulga, że już nie będzie musiała funkcjonować w toksycznym środowisku. Jest ekscytacja nowymi możliwościami. Ale jest też smutek i poczucie straty czegoś, co budowała latami i co zamierzała przez kolejne lata rozwijać. W korponomenklaturze mamy tu do czynienia z własną inicjatywą odejścia, ale jednak stratą.

A teraz wyobraź sobie Eustachego z tej samej fajnej firmy. Wiele go łączy z Eulalią, tyle że on dostaje wypowiedzenie. Przed zmianą szefostwa bardzo lubił swoją pracę, był w niej dobry i doceniany. Po zmianach, tak jak Eulalia, czuł się fatalnie. Miał poczucie, że zarządzający traktują pracowników coraz gorzej, przestał się rozwijać i realizować w swoich obowiązkach. W przeciwieństwie do Eulalii nie chciał składać wypowiedzenia. Bał się tego, czy poradzi sobie na rynku pracy. Miał nadzieję, że może sytuacja się unormuje, że ktoś dostrzeże wszystkie niefajne rzeczy, które dzieją się w fajnej firmie i wszystko wróci do normy. W końcu zaczął myśleć, że chciałby zostać zwolniony. To oszczędziłoby mu konieczności podejmowania decyzji, a jednocześnie uwolniło od tej toksycznej sytuacji. I w ten sposób chociaż inicjatywa rozstania była po stronie pracodawcy, pracownik odczuł bardziej ulgę niż stratę.

Bycie zwolnionym z pracy to koszmarna sytuacja. W jednej chwili podkopuje twoją wiarę w siebie, poczucie bezpieczeństwa, poczucie sensu, podważa twoją społeczną „przydatność”. Poczucie własnej wartości pikuje. Potrzeba dużo czasu, żeby taką sytuację w sobie przepracować i dojść do siebie. Jeszcze więcej potrzeba, żeby dostrzec w tym szansę na jakąś pozytywną zmianę w życiu.

Kiedy odchodzisz z pracy, którą lubiłaś, bo to nie jest już miejsce dla ciebie, pojawiają się myśli, że może jeszcze mogłaś wytrzymać, może trzeba było zacisnąć zęby, może trzeba było być silniejszą. Dopiero po czasie przychodzi zrozumienie, że nie chodzi o to, żeby jak najdłużej wytrzymać, a o to, żeby dobrze żyć. Praca natomiast ma takie dobre życie umożliwiać, a nie je utrudniać. Zawodowe cierpienie wcale nie uszlachetnia. I nawet gdyby dawali medale za jak najdłuższe wytrwanie w toksycznych warunkach, to serio, chciałabyś dostać taki medal? I co? Powiesiłabyś go sobie przy łóżku? Obok kroplówki i półki z lekami antydepresyjnymi?

Strata pracy – w jakiejkolwiek korpokategorii – to bardzo trudne przeżycie. Ale po każdej pracy jest życie. I chociaż na początku bardzo trudno w to uwierzyć, to to życie może być dużo lepsze niż to „sprzed”.


Dodaj komentarz